Tomasz Merton – droga na pustynię

Tomasz MertonThomas Merton

choć może trochę kontrowersyjny, jak każdy, kto staje się pomostem, czyli człowiekiem  „pomiędzy”, to jednak jest bardzo ciekawym przykładem pustelniczej tęsknoty, która w końcu została zrealizowana.

Tęsknota za pustynią

Całe lata trwał w monastycznej wspólnocie trapistów w Gethsemani w USA. Pragnąc więcej i inaczej. Aż w końcu, udało się. Zamieszkał w małym domku, na terenie klasztoru w odległości około 1 km czy dwóch… od zabudowań klasztornych, ale w obrębie ogrodzenia. Odległość gwarantowała łączność ze wspólnotą, również zależność posłuszeństwa i opiekę w razie potrzeby, a równocześnie wystarczającą swobodę.

Był  bardzo szczęśliwy. Nareszcie odnalazł  „to coś”, tą sekretną drogę zapisaną w sercu, a przecież zupełnie inną.  To zrozumie tylko ten, kto przez lata szukał. Natychmiast po wpłynięciu do bezpiecznej przystani wypłynął znowu na wzburzone morze, opisując swoje zmagania w książce „Znak Jonasza”. No bo w rzeczy samej, jak pogodzić zatopienia się w Bogu, ciszy pustelni i radości pozostawania niezauważonym i nikomu nieznanym, z międzynarodową sławą pisarza, rozlicznymi spotkaniami ze światem artystycznym,a nawet … bywaniem na tzw. konferencjach, czy międzynarodowych spotkaniach ekumenicznych.

W samym środku paradoksów

Nietrudno w takim momencie odrzucić część samego siebie, żeby nie dźwigać w samym sobie ciężaru paradoksów, wydawało by się, że to jest rozwiązanie stosunkowo najłatwiejsze. Każde schematyczne spojrzenie na rzeczywistość daje poczucie bezpieczeństwa. I samemu sobie, i innym. Bo przecież pustelnik, to pustelnik, a pisarz to pisarz. No i bez zgrzytów się nie obyło. Ale najpierw była długa droga duchowa. W duchu Jonasza. I wieloryba, który wyrzuca na nowy, nieznany brzeg. Bo nie można uciekać przed sobą samym, Bogiem i wbrewnwszystkiemu, nie można uniknąć swojego przeznaczenia – jeśli już kiedyś powiedziało się TAK.

Moim ulubionym teologiem średniowiecznym jest Mikołaj Kuzańczyk i jego cudna teoria „coincidentia oppositorum” – o współistnieniu przeciwieństw. O tym, że Bóg jest i wszechmocny i w swojej miłości bezbronny. A człowiek, który się do Niego upodabnia coraz bardziej, podobno, jak piszą mnisi kartuscy, staje również w samym środku paradoksów.

Romans?

Kolejny paradoks Mertona to historia miłosna, lekko skandalizujący romans z pielęgniarką, tuż przed „pustelniczymi ślubami”. Swoje zmagania opisuje z wielką szczerością w pamiętniku, uwiecznionym przez przyjaciela i współpracownika Griffina Johna Howarda w książce „Za głosem ekstazy. Pustelnicze lata z życia Mertona”. Miłość ludzka, która rozbłysła tylko po to, żeby wypróbować ostateczną decyzję człowieka. Tego, który właśnie jako pustelnik wywierał bardzo duży wpływ na jemu współczesnych, stał się pomostem pomiędzy światem ducha  a współczesną cywilizacją, amerykańską zresztą i cywilizacją wschodu – buddyzmem.

Dla mnie samej…

Trudno mi dociekać, czy doczekamy się jego beatyfikacji lub kanonizacji. Choć dla wielu jest i przyjacielem i mistrzem, (nie żyje od 1968 r. – zmarł w Bangkoku na międzynarodowej konferencji, porażony elektrycznością) – świadczą o tym choćby wielonarodowe gałęzie Merthon’s Society – www.merton.org.

Dla mnie samej nie jest też bezwzględnym wzorem, to znaczy, kimś takim, który szedł drogą najkrótszą i najbardziej stromą (np. Terenia). Aczkolwiek jest ciekawym przykładem poszukiwań.

Jego życie w sposób bardzo namacalny dotyka też serca eremityzmu w każdej formie. „Zapiski współwinnego widza”, to wyznania człowieka, który z pustelniczego zacisza obserwuje największe krwawe dramaty dwudziestego wieku. Czy obojętny? Tłumaczy się, dlaczego nie podjął czynnej walki, dlaczego pozostał z punktu widzenia współczesnej cywilizacji –  bezpłodnym egoistą. Tylko współwinnym widzem. I czym jest słowo płynące  z tego „zacisznego milczenia”

Katarzyna Papiernik