Klauzura…

Dziś w nocy olśniło mnie, zrozumiałam przebieg wypadków, który zaważył na moim życiu, naznaczył je piętnem kłamstw.To historia dwóch kobiet i  grubego muru  z kratą, który wyrósł między nimi. Ten mur nazywa się klauzura. I o ile faktycznie istniał tylko przez dwa lata, to tak naprawdę rozdzielił je całkowicie i na zawsze poczynając od czasów oazowych, od momentu, kiedy w moim życiu dokonało się spotkanie z Bogiem. Tak, bo tymi kobietami jesteśmy my dwie: moja mama i ja.

Tymi zdaniami mogłabym rozpocząć niesamowitą historię nie  z tej ziemi, ciekawszą od niejednego filmu: historię mojego życia. Czy kiedykolwiek historia ta powstanie drogi czytelniku? Nie ode mnie to zależy.

KLAUZURA ZNACZY ODDZIELENIE.

Wyłączność dla Boga, takie prawo, które ma Stwórca wobec stworzenia, wziąć sobie kogoś na własność, totalnie i już. Sprawić, żeby człowiek żyjący na ziemi, żył jakby bardziej już po tamtej stronie, żeby stał się domownikiem Boga. To słowo ma w sobie coś całkowicie nieodwracalnego, coś z  rzeczywistości sakramentu: słowa nie określające rzeczywistość, ale je stwarzające, słowa, których cofnąć już nie można, ani na ziemi ani w niebie.

Taką moc mają słowa przysięgi małżeńskiej wypowiedziane  w obliczu Boga i Kościoła, i taką moc ma sam Bóg, kiedy porywa człowieka, porywa swoją miłością, a ten ostatni daje się porwać. Pewne wybory duchowe są nieodwracalne. I o ile cyrograf da się cofnąć, tak sakramentu już nie.

O czym ja piszę, jak próbuję się przedrzeć przez tajemnicę, po co tracę na nią tyle „niepotrzebnych ” słów? Czy one obnażają tajemnicę, czy ją tylko zaciemniają? Tak niewielu pisarzy chrześcijańskich pisze dziś o Bogu. Piszą o Freudzie, o psyche, o zjawiskach socjologicznych… Może trzeba właśnie stracić tak wiele słów, na to, co można wypowiedzieć jednym zdaniem? Może Ty odpowiesz mi na to pytanie?

Karmelitanka?

Czym jest karmelitanka bez klauzury, bez muru odgradzającego ją przed oczami ciekawskich, którym nie dane jest pojąć tego, co pojmują tylko nieliczni? Mylą się ci, którym się wydaje, że klauzura jest wyrzeczeniem i pokutą, klauzura jest uwolnieniem do bycia TYLKo dla Boga, i cały czas pod jednym dachem z Najświętszym Sakramentem. To błogosławieństwo wyjęcia z profanum w majestacie prawa ludzkiego i Boskiego. Czym jest karmelitanka bez klauzury? Niczym innym jak tylko wygnanym tułaczem bez domu i dachu nad głową.

Jeśli chleb przyjęliście z ręki Boga, to dlaczego nie macie przyjąć wygnania?

Czym jest karmelitanka bez klauzury, tak bez litości zanurzona  w profanum? Niczym innym jak gołąbka próbującą uciec przed szalejąca nawałnicą w świątyni serca, w świątyni, w której mieszka Bóg. Karmelitanka bez klauzury, wydana bez litości na pastwę profanum żyje w wewnętrznej tajemnej klauzurze, której nikt nie zna i nie rozumie.

Nie mnie pojmować i rozumieć niezbadane wyroki Boskie, który przecież jest zupełnie INNY, to znaczy święty. Już dawno straciłam potrzebę chronienia się w uproszczonych schematach, tych szufladkach poznawczych, które toporne i proste w swojej konstrukcji, chronią nas przed ryzykiem wydania na pastwę Tajemnicy, Tajemnicy Boga i Człowieka. Jeszcze jako nastolatka postawiłam sobie kilka jasnych celów, a także okresliłam jednoznacznie, co do nich NIE należy: na tej liście był biznes i praca katechetyczna. Kiedy przyszedł czas najpierw na to drugie,  a potem , o zgrozo i na to pierwsze, skapitulowałam, uznałam, że jak się rozpoczyna przygodę z  tak szalonym Bogiem, to naprawdę nie można mu stawiać żadnych granic. I tak doszłam jeszcze dalej: do zaangażowania politycznego. Do najtrudniejszych gier dyplomatycznych, do wirtuozerstwa w akrobacji pomiędzy jedną a drugą przepaścią grzechu i zatracenia, w imię Boga,  w imię Jego Miłości i Jego Królestwa na tej ziemi.

W samym środku paradoksów

W samym środku paradoksów, z sercem karmelitanki w samym środku grzechu i nieprawości, bez środków i „znajomości”, a tylko z Bogiem na tarczy. Bez  wykształcenia dyplomatycznego w świecie wilków i drapieżnych lwów. Bez tytułów naukowych, bez środków materialnych, nawet bez spowiednika, nawet często  bez sakramentów, bez Najświętszego Sakramentu w pokoju obok, bez ochroniarzy i narzędzi detektywistycznych, bez życzliwego i zaufanego człowieka, którego można się poradzić. I bez lasu, który daje mi te nieliczne chwile wytchnienia. Sama naprzeciwko tysiącom. Czy na pewno SAMA?

Widział ktoś kiedyś takie cudo?

Moja mama, nie winię ją, nie potrafi żyć i myśleć inaczej, Bóg ją osądzi, moja mama zrobiła wszystko, żeby zniszczyć we mnie doświadczenie modlitwy, które sprawiało, że wymykałam się jej spod kontroli. Od pierwszego spotkania oazowego w Wielki Piątek 1990 r., kiedy wypowiedziała prorocze słowa: „Dlaczego Kościół zabiera  mi córkę”, podjęła zdeterminowaną i totalną walkę o „przywrócenie mnie do normalności”. Walkę tak konsekwentną i wytrwałą, że naprawdę sama nie rozumiem jakiego jest pochodzenia, i z jakich wypływa motywacji. Biedna mama, gotowa by była oddać wszystkie pieniądze tego świata a i może duszę własną, żeby tylko zrobić ze mnie normalnego człowieka. I padła ofiarą oszusta, który jej to obiecał.

Rodzina…

Tak, już wiem, dlaczego wyleciałam z Karmelu.

To było tak. Mama jak byłam mała, zdominowała mnie, nie dała mi przestrzeni do rozwoju mojej indywidualności. Byłam  w tym czasie dosyć pierdołowata, chodziłam  w ubraniach , które wybierała mi mama, więc odstawałam, wymagała ode mnie, żebym w kuchni umiała wszystko sama, i denerwowała się, że robię to gorzej od niej. Dobrze się czuła z córką pierdołą, nigdy nie zaakceptowała córki silnej, nigdy nie zrezygnowała z dominacji i doprowadzania mnie do tego stopnia pierdołowatości i zależności od niej, który jej najbardziej odpowiadał.

Kiedy odwiedziła mnie w Karmelu opowiedziała siostrze Krystynie, że  byłam niezaradna życiowo, i  że moja decyzja wstąpienia do Karmelu była ucieczką, a siostra Krystyna, zewnętrzna, niedługo później doprowadziła do mojego odejścia z Karmelu. Jedna pani drugiej pani i w czynie społecznym…I te kłamstwa Matki prześladują mnie do dziś, bo z powodzeniem gromadzi wokół siebie wszystkich moich wrogów. Moich i Jezusa. Może się mylę? Historia nas rozsądzi.

Zapytacie pewnie, czy nie żałuję? Pasmo cierpień i porażek nie do pozazdroszczenia, chociaż zazdroszczą mi wszyscy, albo zazdrościli? Zazdroszczą mi sławy? Czym jest sława dla karmelitanki? Następną udręką.

Nie żałuję. Wyboru Chrystusa nie żałuję. Przygody  z Bogiem nie żałuję. szaleństwa MIŁOŚCI nie żałuję. Po tysiąc razy NIE ŻAŁUJĘ. Gdyby dziś przyszło mi oddać życie za Ojczyznę i Kościół, też bym nie  żałowała. Żałuję tylko tego, że nie żyłam wystarczająco intensywnie Bogiem, że mogłam zrobić więcej.

Pod koniec życia będziemy sądzeni z Miłości.

św. Jan od Krzyża.

 

Katarzyna Papiernik