Przygoda z NFZ

Tak wygląda nasz NFZ.

Pierwszego dnia trafiłam na oddział z podejrzeniem zawału. Czy był, czy nie był, nie mam pewności, ale myślę, że był. Doktor mnie zignorowała, nie dali kroplówki, tlenu, badania wykazały prawidłowe enzymy serca(czy to była moja próbka?). Prosiłam o leki – nitroglicerynę, nic. Do NFZ. Do lekarza nie doszłam, bo wzięłam rano prysznic i znowu się pogorszyło. Wieczorem znowu pogotowie, tylko w gorszym stanie z częściowym paraliżem. Nie udzielono pomocy, błąd lekarski. W dodatku zamiast kolejnych leków, czy zaleceń, jak się zachowywać podano mi hydroksyzynę i to chyba nazwano leczeniem, w dodatku podobno skutecznym.

             Ja dziś teraz mam po raz kolejny to samo: znane „tężenie serca, z przerwami”. Czyli mam jakieś mikrozawały, czy mikrowylewy, diagnozę, że zawału nie było (gorszą, od jej braku), brak leczenia, napchanie jakimiś psychotropami. I co, pójdę teraz do kardiologa i powiem, miałam zawał, a na wypisie, że go nie było. Przeciez to jest po prostu próba morderstwa. I jak myślicie, zadzwonię dziś po pogotowie? Rzecz jasna, że nie.

SĄ CAŁKOWICIE BEZUŻYTECZNI.

Zamiast sprawdzić tomografię mózgu w związku z niedotlenieniem mózgu, to sobie jaja robili, że mam nerwice, bo Marianek od 2006 roku miał zachciankę nafaszerowania mnie prochami i co jak co, ale to właśnie musi zrobić. Więcej po tą karetkę nie zadzwonię. I tak EKG do ręki mi nie dadzą, żadnego leczenia nie zastosują, wytrzęse się wkaretce i wysiedzę 8 godzin na bezskutecznych badaniach. NFZ – NIE POLECAM. MORDOWNIA. Jak mam umrzeć, to przynajmniej w spokoju.

Tak się zabija  w białych rękawiczkach.

Katarzyna Papiernik